
Uczty w Sali Dożów, salwy armatnie na wiwat, czekoladowe fontanny – idealne polskie wesele powinno przypominać wystawną hollywoodzką superprodukcję. Albo przynajmniej „Taniec z gwiazdami”.
Kiedy Wacław Goźliński w pierwszą rocznicę akcesji Polski do Unii Europejskiej wybudował łuk triumfalny, usłyszał od sąsiadów, że mu odbiło. Łuki dobrze wyglądają w Paryżu, a nie obok pola przy dziurawej szosie do podwarszawskich Michałowic. Jednak właściciel hotelu Venecia Palace wiedział swoje. Od lat robił w biznesie weselnym i przeczuwał, że dzięki ostatecznemu otwarciu na Europę kończy się czas imprez w drewnianych karczmach nad flakami i żurkiem. Młodzi – jak się w branży nazywa przyszłych małżonków – zapragną, żeby ich wesela były nie tylko po swojsku wystawne, ale też światowe. Takie, jakie oglądają w amerykańskich serialach albo w stylizowanych na pałace tunezyjskich hotelach, gdzie coraz częściej spędzają wakacje. Hollywoodzko-bajkowy przepych – to jest to, co będzie w cenie, pomyślał Goźliński. I z pomocą syna architekta, który ogłasza się jako „specjalista od stylu Ludwik XIII”, stworzył w Michałowicach bajkową Wenecję, miejsce jak ze snu.
Trzeba przyznać, że robi piorunujące wrażenie. Po przejeździe przez łuk widzimy staw, a przy nim dwie łódki w kształcie łabędzi, zacumowane przy molo. U progu alei prowadzącej do głównego budynku gości witają kamienne lwy i sporych rozmiarów posągi hojnie obdarzonych przez naturę kobiet z anielskimi skrzydłami. Za nimi parasole jakby żywcem wyjęte z brazylijskiej plaży. Sam budynek, pałac właściwie, jest dumą właściciela, bo podobnego nie ma w okolicy. Fasadę zdobi kaskada gzymsów, kolumny zwieńczono korynckimi głowicami, na dachu jest kartusz herbowy, a drzwi są złote. We wnętrzach – obrazy stylizowane na barokowe obok fresków, dekoracji z luksferów i posągów faraonów.
Goźliński na stałe zatrudnił dwóch rzeźbiarzy, bo interes się rozwija i trzeba ciągle dokładać nowe dekoracje. Na zapleczu powstaje właśnie monumentalna rzeźba leżącego mężczyzny z pochodnią, która ozdobi staw. W przyszłości dołączy do niej fontanna w kształcie kobiety trzymającej dzban. Para będzie patrzeć sobie w oczy. Na razie ze stawu wystaje altana, w której młodzi, przetransportowani tam łódką w kształcie łabędzia, wykonują pierwszy taniec w blasku fajerwerków. Ten show goście obserwują z tarasu. Zanim przejdą do biesiady, która odbywa się w gigantycznej Sali Dożów (styl wenecki) z masą kolumn, balkonem dla orkiestry i złoconymi balustradami, słyszą jeszcze salwy z dwóch armat (pociski wpadają do stawu).
– Dla jednych to kompletny kicz, ale dla wielu kwintesencja nowoczesnej zabawy na bogato, lepszej niż w autentycznych dekoracjach. Bo te stworzone od nowa są czystsze i mniej odrapane – mówi dr Krzysztof Łęcki, socjolog kultury z Uniwersytetu Śląskiego. A Goźliński puentuje trzeźwo: – Nie jestem tu po to, żeby prowadzić muzeum. Dostarczam komercję, ale to komercja na wysokim, amerykańskim poziomie.
I faktycznie Venecia Palace stał się ostatnio jednym z najpopularniejszych miejsc wśród nowożeńców, nie tylko warszawskich. Rezerwacje na wesele przyjmowane są tu z ponadrocznym wyprzedzeniem, a narzeczeni, którzy wpłacili zaliczkę, ale rozstali się przed ślubem, handlują terminami na Allegro.

News